Istnieją tacy autorzy, których książki kupimy zawsze w dzień premiery. Zawsze. Nieważne, co by się nie działo u nas i czego oni by w swej literackiej fantazji nie wymyślili. A jeśli akurat tak się zdarzy, że dany autor wypuszcza właśnie kolejną część naszej absolutnie ulubionej sagi, tym bardziej pobiegniemy do księgarni w podskokach. Jak można się domyślać - ja zrobiłam tak 30.03. (w dzień premiery), by jak najszybciej dorwać najnowszą powieść o Joannie Chyłce, czyli Rewizję Remigiusza Mroza. Poprzednie części cyklu pochłaniałam w całości, tę również miałam przeczytaną po paru godzinach. I choć nikt nie wmówi mi, że książka ta nie jest bardzo dobra, to dalej będę obstawać przy tezie, że zwolnienie akcji (tzn. w porównaniu do poprzednich części) nieco serię odarło z jej najlepszych elementów, które wcześniej decydowały o jej genialności. Ale od początku.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
niedziela, 17 kwietnia 2016
SERIAL: 8 powodów, dla których warto obejrzeć trzeci sezon "House of Cards" (trochę spoilerów, ale ci, którzy są już po drugim sezonie lub później, mogą czytać bez obaw)
Czwartego marca Netflix wypuścił czwarty sezon House of Cards, jednego z najlepszych seriali, jakie widziałam. Pospieszyłam zatem, by zagłębić się w temat, gdy przypomniałam sobie, że trzeci sezon został przeze mnie zaledwie napoczęty. Z jednej strony klęłam pod nosem, z drugiej cieszyłam się, że będę miała więcej przyjemności. I słusznie, bo trzeci sezon jest chyba najlepszym, jaki do tej pory powstał (piszę to, nie znając jeszcze czwartego, i będąc świadomą tego, że u innych recenzentów dostał on dość średnie recenzje, jednak za własny gust nie odpowiadam; kwestia jest też taka, że może po prostu odzwyczaiłam się od świetnego poziomu serialu). Z tej okazji więc postanowiłam wypisać 8 powodów (w znaczeniu: momentów), dla których warto wreszcie wziąć się do roboty i ten trzeci sezon nadrobić (trudno wciąż pisać o tym, jak świetnie grają Robin Wright, Kevin Spacey i cała reszta, albo jak dobrze zaplanowane są tutaj scenariuszowe intrygi, więc postanowiłam wypróbować takie alternatywne podejście). Zapraszam!
piątek, 15 kwietnia 2016
FILM: (Nie)Przyjemność recenzentki, czyli "Piąta fala" (premiera 15.04.) (reż.J Blakeson) (lekkie spoilery)
Niektóre filmy, które oglądamy, są świetne. Inne - dobre. Jeszcze kolejne - raczej złe, ale z paroma dobrymi momentami. I jest też ta ostatnia kategoria, zmora w oglądaniu, a poezja w recenzowaniu, czyli filmy jednoznacznie złe, które ogląda się, mając wrażenie, że nawet jakieś króciutkie fragmenty, które swoim poziomem nie przerażały, nie są w stanie zamaskować całej reszty. Do tej ostatniej kategorii należy Piąta fala, oczekiwany przeze mnie potencjalny hit w stylu Igrzysk śmierci czy Niezgodnej, który okazał się tak naprawdę jednym wielkim niewypałem.
wtorek, 12 kwietnia 2016
FILM: Nie chce mi się, czyli 20 powodów, przez które "Batman v. Superman: Świt sprawiedliwości" (reż. Zack Snyder) to naprawdę zły film (są spoilery)

Niektóre filmy są dobre. Inne - niekoniecznie. O obu tych rodzajach zawsze chce się pisać - przy pierwszych można się pozachwycać, przy drugich powyżywać. Ale istnieje jeszcze trzecia kategoria - filmy, które nie wywołują w nas absolutnie żadnych emocji, na które patrzymy otępiali, grzecznie czekając, aż się skończą. Do tej ostatniej grupy należy Batman v. Superman: Świt sprawiedliwości - film, który u widza wywołuje jedynie ziewanie (i to w najlepszym wypadku). I który jest przez to po prostu już nawet nie zły - tylko najgorszy. Bo jeżeli nie jest w stanie przez dwie i pół godziny wywołać w nas ŻADNYCH uczuć, to znaczy, że naprawdę ktoś wybrał złą drogę i zamiast np. pasterzem został filmowcem. A szkoda, bo to mógł być naprawdę dobry film. W dzisiejszym wpisie: ... powodów, przez które Świt sprawiedliwości to coś, na co naprawdę nie warto wydawać własnych pieniędzy. I na co, jak się okazuje, nie było warto wydać także pieniędzy producentów. (Wpis zawiera lekkie spoilery, ale myślę, że nikomu nie będą one przeszkadzać).
Etykiety:
amy adams,
batman,
batman v. superman,
ben affleck,
film,
gal gadot,
harry lennix,
henry cavill,
jeremy irons,
laurence fishburne,
superman,
świt sprawiedliwości,
zack snyder
niedziela, 10 kwietnia 2016
FILM: Komedia na niedzielę, czyli "Moje wielkie greckie wesele 2" (reż. Kirk Jones)
Na początek oczywistość: komedie ogląda się, by dobrze się bawić. Naprawdę, nie ma tu żadnej większej filozofii: jeżeli komedia jest dobra, to bawi, jeżeli nie bawi, to nie jest dobra, względnie pomyliliśmy się przy oznaczeniu gatunkowym i nie jest komedią. Po komedii chcę się czuć dobrze, miło, wiedzieć, że ostatnie dwie czy trzy godziny (w wypadku dzieła recenzowanego dzisiaj - półtorej) zapewniły mi dobrą rozrywkę. Ostatnio - choć może miałam pecha - bardzo brakowało mi takiej właśnie dobrej komedii. A potem poszłam do kina na Moje wielkie greckie wesele 2 i nagle okazało się, że wcześniej najwyraźniej źle szukałam.
piątek, 8 kwietnia 2016
FILM: Biograficzne bzdety, czyli "Królowa pustyni" (reż. Werner Herzog)
Niektóre filmy ładnie wyglądają na trailerach. Mają dobrą obsadę. Mówią o ważnych sprawach czy pokazują ważne postacie. Angażuje się do nich odpowiednią ekipę, która zrobi odpowiednie zdjęcia i napisze harmonijną, w niczym nieprzeszkadzającą muzykę. I wszystko byłoby świetnie, gdyby ktoś (a dokładniej: reżyser i scenarzysta filmu, Werner Herzog) nie nawalił już wręcz koncertowo na etapie tworzenia scenariusza. I to w takim stopniu, że całość Królowej pustyni to jedynie pusta wydmuszka bez większej treści, na którą po prostu szkoda czasu i pieniędzy.
Ale od początku.
środa, 6 kwietnia 2016
Futurologia Stosowana #4.2, czyli co w kwietniu będzie można poczytać na Nerwie Słowa (książki i seriale)
W poprzednią środę na Nerwie Słowa pojawiła się bardzo obszerna zapowiedź wszystkich ważnych kinowych kwietniowych premier (KLIK). Dzisiaj czas więc na zdradzenie, co będzie działo się na Nerwie Słowa w zakresie literatury czy seriali. Zapraszam serdecznie na kulturalny przegląd kwietnia!
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
KSIĄŻKA: Miłosna fantastyka, czyli Marta Krajewska "Idź i czekaj mrozów" (wyd. Genius Creations)
Kiedyś usłyszałam od kolegi, że kobiety nie potrafią pisać fantastyki. Kolega uwielbiał wszystkich chyba najbardziej znanych autorów tego gatunku - Sapkowskiego, Pilipiuka, Ziemiańskiego i wielu, wielu innych (miał słabość do autorów rodzimych) - i niejednokrotnie dowodził mi, że kobiety po prostu nie mają tego Czegoś, co pozwala na napisanie porządnej powieści fantastycznej. Rzeczony kolega potem okazał się jeszcze większym idiotą, niż wynikałoby to z powyższej wypowiedzi, ale od tamtej pory zawsze uśmiecham się do siebie, gdy czytam kolejny świetny kawałek fantastyki napisany przez kobietę (a tych, wierzcie mi, jest coraz więcej). Podczas lektury najnowszej książki wydanej przez Genius Creations, napisanego przez Martę Krajewską Idź i czekaj mrozów, uśmiech więc nie schodził mi z twarzy (oprócz dwóch momentów, o których więcej za chwilę). Bo, moi drodzy, w tomie tym dostałam kolejny mały świat, o którym pewnie jeszcze długo nie zapomnę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
