piątek, 5 lutego 2016

I Ty możesz zostać gwiazdą!



Dawno, dawno temu, w galaktyce wcale nie tak bardzo odległej, aby zostać prawdziwą gwiazdą, trzeba było talentu, chęci i niezliczonych godzin nużących ćwiczeń. Na szczęście te czasy średniowiecznego ciemnogrodu już minęły – dzisiaj każdy może zostać celebrytą; wystarczy, że będzie miał dostęp do Internetu i rozwinięte umiejętności autopromocji. [post humorystyczno-obyczajowy]
  

 

Pierwsze kroki

 
Co zrobić, by stać się sławnym i ujrzeć swoje imię na wszystkich popularnych serwisach? Po pierwsze: założyć konto na Facebooku. Wiadomo, że osoba, która nie ma na tym portalu swojej strony, po prostu nie istnieje. Nie trzeba wymyślać chwytliwej nazwy; wystarczy kreatywne użycie Caps Locka (np. AgAAATaaaa SłUpsKKKAaaa) lub nagromadzenie popularnych ostatnimi czasy skrótów myślowych służących do wyrażania głębokich myśli i przeżyć (Agata Słupska <3 LOL xDDD). Po założeniu swojego profilu trzeba koniecznie wstawiać słit focie wykonywane w domowej łazience (w pełnym makijażu, niekoniecznie pełnym ubraniu i obowiązkowo z ustami ułożonymi w kaczy dzióbek u pań; panowie powinni mieć goły tors i naprężone do granic możliwości zalążki mięśni brzucha) oraz profesjonalnie wykonywaną (tak, lustrzanka kupiona za pół wypłaty ojca naprawdę sprawia, że jesteś alternatywnym i niedocenianym przez głupich krytyków fotografem) dokumentacją imprez (najlepiej, żeby wszyscy na zdjęciach byli mocno niedzisiejsi; dodatkowym atutem jest każdy nieprzytomny leżący w swoich wydzielinach), najlepiej w odstępach cotygodniowych, żeby wszyscy widzieli, jak bardzo towarzyskim i cool się jest. Do każdego komentarza naszych friendsów należy ustosunkować się w ciągu maksymalnie dwudziestu minut, używając jak najwięcej emotikonów i angielskich słów (niekoniecznie przez nas rozumianych) oraz popełniając jak największą liczbę błędów ortograficznych (inaczej ochrzczeni zostaniemy kujonami, służbistami lub tymi debilami, co tylko o literkach myślą, bo mają takie beznadziejne życie). Dziewczęta powinny również obrzucać się pseudokomplementami wyrażającymi tak naprawdę od lat skrywaną nienawiść do osoby, której zdjęcie właśnie komentują (LOOOL!!! jesteś taka pienkna!!! omg nie mogę przestać luking!!! jesteś moją bff!!!). Nie można zapominać również o edytowaniu opisu profilu w sposób jak najmniej odbiegający od normy, ale pozwalający wyróżnić się z tłumu, a jednocześnie pokazujący nasz wrażliwy charakter przez masowe stosowanie wielokropków (dobry opis: jestem taka sobie… raz cicha, raz głośna, raz miła, a raz niekoniecznie… możecie mnie kochać albo nienawidzić… ale ja wszystkich Was uwielbiam!!!; zły opis: w wieku ośmiu lat napisałam krytykę poglądów Schopenhauera, odnosząc się jednocześnie do ideologii marksistowskiej).



Co dalej?



Po pokazaniu swojej głębokiej osobowości na Facebooku przychodzi czas na wybranie swojej życiowej drogi. Aby nasze nazwisko zyskało rzeszę wielbicieli, można spróbować stworzyć zabawny mem (polecam fotografowanie naburmuszonych kotów, chciwych zakupoholiczek oraz naćpanych kolegów), dorobić do niego krótki tekst (najlepiej rymowany) i modlić się o łaskę internautów i redaktorów Kwejka; dość łatwym wyjściem jest również kręcenie filmików z intelektualnym przesłaniem (mój ulubiony przykład: Hej, dziewczyny! Czy wiecie, że im mniejsze macie piersi, tym bliżej waszych serc mogę się znaleźć?), jednak tutaj istnieje dość spore ryzyko, że nasza twórczość potraktowana zostanie słynnym już obrazkiem przedstawiającym Willa Smitha leżącego na szpitalnym łóżku z nie mniej słynnym komentarzem (mniej zorientowani niech w tym miejscu skorzystają z Wujka Google). Jeżeli jesteśmy nieco bardziej ambitni i dysponujemy pewnymi możliwościami finansowymi, możemy nagrać czteroakordową (w najlepszym wypadku) piosenkę z przejmującym tekstem (Baby, baby, baby oh/Baby, baby, baby oh/Baby, baby, baby oh lub, mój osobisty hicior, Yesterday was Thursday, Thursday/Today it’s Friday, Friday/[...]/Tomorrow is Saturday), będące świadectwem naszej obiektywnie uznanej fajności (Cztery osiemnastki tylko w moim samochodzie) i, rzecz jasna, posiadające automatycznie podrywającą odbiorców do tańca melodię (Łopa-opa Gangnam Style!!!). Nie powinniśmy również odrzucać artystycznych inspiracji dostarczanych nam przez życie – najlepsze kawałki pochodzą przecież najczęściej z codziennej egzystencji (ALE URRRRRWAŁ!!!), jeżeli będziemy uważni, nasze filmiki wstawiane na YouTube (i, koniecznie, udostępniane na mordoksięgu – czyt. Facebooku) mogą bić rekordy popularności, jednocześnie przysparzając nam chmar fanów. Jeżeli żadne z powyższych rozwiązań nam nie odpowiada, chwyćmy rączo za gitarę basową (to ta długa, co ma tak dziwnie mało strun) i załóżmy zespół rockowy wykonujący głównie utwory Johna Cage’a (ze szczególnym uwzględnieniem jego 4’33”). Co? Nie macie za grosz słuchu? Naprawdę – to absolutnie nic nie szkodzi…


Ciężka droga do sławy



Jednak nie spodziewajmy się, że nasze poszukiwanie popularności będzie okraszone jedynie zwycięstwami. Niestety, trzeba będzie użerać się z brakiem życzliwości administratorów stron, (pseudo)inteligencją internautów gotowych wniwecz obrócić każdy nasz wysiłek jednym okrutnym słowem oraz przerwami w dostawach prądu. W takich chwilach przypomnijmy sobie biograficzny film o popularnym ostatnimi czasy kanadyjskim wokaliście i wesoło zaśpiewajmy nasze życiowe motto kochającej blask reflektorów gwiazdy: Never say never!



P.S. Dzisiaj mój bardzo, bardzo dawny tekst, bo bardzo, bardzo zatęskniłam za tamtymi czasami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz