piątek, 4 marca 2016

KSIĄŻKA: Pełnokrwiste sci-fi, czyli Remigiusza Mroza "Chór zapomnianych głosów" (wyd. Genius Creations)







Jedno z najgłośniejszych ostatnio na polskiej scenie literatury nazwisk nie mogło umknąć mojej uwadze, i tak poznałam twórczość Remigiusza Mroza. Zgodnie z ogólną tendencją uległam też całkowitemu zachwytowi nad prawniczymi thrillerami autora, do nowego tomu jego cyklu z Joanną Chyłką skreślam kartki w kalendarzu (o obu poprzednich częściach przeczytać można tu). I już, już po przeczytaniu ostatnio wydanej części zdążyłabym uschnąć z tęsknoty za mistrzowską prozą Mroza, a tu... okazało się, że artysta napisał jeszcze (i wydał!)... osiem innych powieści. Zrobiłam więc mały research i tak udało mi się natrafić na Chór zapomnianych głosów, pełnokrwiste science fiction w sosie thrillerowatym, wydane przez Genius Creations.


Zapraszam do recenzji!



Zdjęć Remigiusza Mroza nigdy zbyt wiele, tak więc cały tekst został nimi sumiennie okraszony.



Akcja zaczyna się wraz z odzyskaniem świadomości przez Håkona Lindberga, astrochemika wybudzającego się z kriogenicznego snu. Mężczyzna przebywa na pokładzie Accipitera kosmicznego statku badawczego i pierwszym, co widzi po obudzeniu się, są... zwłoki (w liczbie mnogiej, z rozbebeszonymi flakami, we krwi i innych płynach ustrojowych). Cała załoga została wymordowana, a rzeź poza Håkonem przetrwał jedynie nawigator, Dija Udin Alhassan. Załoganci ostrożnie zaczynają przeszukiwać statek, po chwili dowiadują się, że Accipiter znacząco zboczył z pierwotnej trasy. Na dodatek mają niejasne wrażenie, że nie są jedynymi żywymi bytami przebywającymi na statku. Niebawem wiele lat świetlnych od Håkona i Dija Udina rozpoczyna się misja ratunkowa. 



I w zasadzie to tyle, co jestem w stanie  zdradzić z fabuły z czystym sumieniem, ale zapewniam, że to dopiero początek, bo Mróz zabiera nas w podróż między odległymi planetami i futurystycznymi statkami, obfitującą w niebezpieczeństwa i niespodziewane zwroty akcji. Jednak Chór zapomnianych głosów  to tylko z pozoru sci-fi z jego typowymi elementami (czego sam Mróz absolutnie nie ukrywa), to znaczy pradawnymi artefaktami, obcymi cywilizacjami i zawiłościami czasoprzestrzeni. W książce bowiem kryje się tak naprawdę świetna intryga kryminalna (tzn. dochodzenie, co właściwie się stało i kto za to wszystko odpowiada), napięcie godne rasowego thrillera i przede wszystkim świetnie wykreowana, pełna niepokoju i wątpliwości atmosfera. A zakończenie... o matko, ależ Mróz nam zaserwował zakończenie z gatunku tych, które wszystko rozjaśniają, ale których absolutnie nie da się wymyślić samemu. I które, choć dają nadzieję na w sumie dobry pozaliteracki koniec opowieści (tzn. co stanie się już po zamknięciu książki), jednocześnie zostawiają furtkę dla domysłów i narastających obaw.


Przy recenzowaniu Kasacji i Zaginięcia rozpływałam się w zachwytach m.in. nad fachową wiedzą Mroza na tematy, o których pisze w tamtym przypadku chodziło o akty prawne, mechanizmy działania organów sprawiedliwości i tak dalej. Stwierdziłam, że taka wiedza jest na pewno nierozłączna z posiadaniem przez autora tytułu doktora nauk prawnych i, choć w tamtym wypadku pewnie miałam rację, teraz muszę dodać jeszcze jedno, a mianowicie: Mróz ma ogromną wiedzę nie tylko z dziedziny prawa, i Chór zapomnianych głosów jest tego świetnym przykładem. Okazuje się bowiem, że autor nie dość, że jest niezwykle oblatany w łacinie, to jeszcze najwyraźniej na bieżąco śledzi mnóstwo naukowych teorii związanych z czasem, kosmosem, a także wpływem jednego na drugie. I, co chyba u pisarza najważniejsze umie czytelnikowi, który o dylatacji czasu słyszał jedynie w ramach ciekawostki na odległych w pamięci lekcjach fizyki i który zawsze z tego przedmiotu był nogą, wszystko wyłuszczyć w taki sposób, by było to zrozumiałe, logiczne i przede wszystkim ciekawe.



Właśnie: logika. Mróz, mam wrażenie, napisał Chór zapomnianych głosów w taki sposób, że z łatwością można by książkę przerobić na scenariusz wysokobudżetowej produkcji amerykańskiej. Nie ma tutaj niepotrzebnych wątków, rozdrabniania się na jakieś niby znaczące epizody z przeszłości bohaterów, tylko cały czas akcja idzie do przodu, intryga zaś to staje się bardziej zawiła, to wydaje się nagle się rozjaśnia. (A potem następuje zwrot akcji i okazuje się, że tak naprawdę nic nie wiedzieliśmy.) Jednocześnie Mróz nie oszczędza nam naprawdę plastycznych opisów, przy których - jako osoba dość wrażliwa na sugestywne mowy - rzeczywiście miałam lekkie mdłości. Na szczęście autor ze swoją plastycznością nie ogranicza się do opisu wnętrzności, tylko wprowadza ją do całej książki, dzięki czemu możemy sobie bez problemu wyobrazić... yyy... różne rzeczy, które opisuje (nie, nie mogę powiedzieć, o co mi dokładnie chodzi, bo zepsuję zabawę), dzięki czemu z abstrakcyjnych tworów przekształcają się one w naszej świadomości w rzeczywiste obiekty, i sprawiają, że łatwo nam jest odnaleźć się w powieściowym uniwersum. (I też, jak już zauważyłam wyżej, ewentualni filmowcy będą mieć łatwiejsze zadanie.) 


Przy analizowaniu plastyczności zdań Mroza nie możemy nie zwrócić uwagi, że autor pisze krótkimi, ale pełnymi treści zdaniami. Nie ma tutaj przynudzania czy nadmiernego rozbudowywania konstrukcji gramatycznych a jednocześnie widać ogromną sprawność techniczną w wysławianiu się. A przy okazji mimo że napięcie w książce wciąż rośnie, a intryga staje się coraz bardziej zawiła nieraz można uśmiechnąć się od ucha do ucha albo nawet parsknąć śmiechem, bo Mróz ma też niebywały talent do wymyślania coraz to nowych ripost i inwektyw.

Jedyne, co mi w książce nie pasowało, to wątek miłosny, który wywołał w mojej głowie lekki recenzencki zamęt. Bo zawirowania uczuciowe są na pewno w takich okolicznościach, w jakich znajdują się bohaterowie jak najbardziej uzasadnione, więc samo ich wprowadzenie nie jest czymś złym. Gorzej robi się, gdy powiemy sobie o sposobie włączenia takiego wątku do powieści. Z jednej strony poświęcenie większej ilości miejsca tej kwestii spowolniłoby akcję (a w sci-fi z zacięciem thrillerowatym chyba nie o to chodzi), natomiast z drugiej przy obecnym stężeniu scen poruszających ten wątek miałam wrażenie, że został on potraktowany odrobinę po macoszemu. Jednak przyznaję szczerze, że ta kwestia mimo iż zasłużyła na osobny akapit jest tak naprawdę drobnostką, i w powieści wcale nie o nią chodzi.


Ujmę teraz recenzję Chóru zapomnianych głosów jednym zdaniem: jeżeli potrzebujecie kawału literackiego mięcha z wybebeszonymi flakami, akcją i napięciem (z akcentem naukowym!), nie zastanawiajcie się ani chwili. Remigiusz Mróz zaciekawi, rozbawi, przerazi, zaskoczy i o to chyba tutaj chodzi. A po końcówce... oj, po końcówce zostaniecie z niezłym zdziwieniem wymalowanym na twarzy. I radością, że autorowi udało się Was najpierw nabrać, a potem udowodnić, jak bardzo się myliliście.



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Genius Creations.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz