czwartek, 25 maja 2017

KSIĄŻKA: Wciąż (a może - bardziej?) aktualna antyutopia, czyli Margaret Atwood "Opowieść podręcznej" (Wielka Litera)





Jeżeli śledzicie blogi książkowe albo części YouTube'a lub Instagrama o takiej tematyce, mogę się założyć, że słyszeliście ostatnio o książce Margaret Atwood Opowieść podręcznej. Ta historia, napisana w 1986 roku przez kanadyjską pisarkę, obecnie - na skutek premiery serialu zrealizowanego na jej motywach (mimo że jeszcze się nie skończył, już zapowiedziano drugi sezon) - przeżywa swoje drugie życie. I słusznie, bo książka ta jest fenomenalnie napisaną wizją przyszłości, w której kobiety niewystarczająco walczyły o własną autonomię. A przy okazji - dziełem o najwyższym poziomie i pretendentem do tytułu najlepszej książki wydanej w 2017 roku.

Ilustracje do tekstu - oprócz zdjęć autorki - pochodzą z serialu na podstawie książki.

Freda jest Podręczną w Republice Gilead. Może opuszczać dom swojego Komendanta i jego Żony tylko raz dziennie, aby pójść na targ, gdzie wszystkie napisy zostały zastąpione przez obrazki, bo Podręcznym już nie wolno czytać. Co miesiąc musi pokornie leżeć i modlić się, aby jej zarządca ją zapłodnił, bo w czasach malejącego przyrostu naturalnego tylko ciężarne Podręczne mają jakąś wartość. Ale Freda pamięta jeszcze, choć wydaje się to nierealne, że kiedyś miała kochającego męża, wychowywali córeczkę, miała pracę, własne pieniądze i mogła mówić. Ale tego świata już nie ma… [opis wydawcy]

Gdybym miała zmieścić się w jednym zdaniu z całą recenzją: to jest genialna książka, którą trzeba przeczytać (zwłaszcza gdy jest się kobietą), i którą warto potem przemyśleć. Bo po refleksji dochodzi się do jednego wniosku: wizja, którą Atwood wykreowała w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, dzisiaj (paradoksalnie?) jest jeszcze bardziej aktualna. (Nie chcę wchodzić za bardzo w swój światopogląd, ale przypomnijmy sobie chociaż Czarny Protest, który odbył się trochę ponad pół roku temu). Przykłady wchodzenia z butami w kobiecą prywatność przez mężczyzn i przez inne kobiety (o tym jeszcze za chwilę), niestety, mnożą się; nasilenie tendencji prawicowych w społeczeństwie powoduje coraz powszechniejsze wracanie do tych złych tradycji w rolach płciowych (Wiem, że wszyscy teraz są tacy nowocześni, ale ja wolałabym, żeby to mój mąż za mnie głosował, bo bym nie musiała się przejmować). Przekonanie polityków, że są uprawnieni do ingerowania w czyjąś obyczajowość, że mogą mówić (głównie) kobietom, kiedy możemy uprawiać seks, z kim, gdzie i w jaki sposób, zwłaszcza w Polsce jest coraz bardziej widoczne w sferze publicznej. Niestety, takie publiczne przyzwolenie wpływa też na zwykłych członków społeczeństwa, którzy potem wybierają swoich rządzących, i koło się zamyka.



Atwood świetnie pokazuje, co może stać się w takim społeczeństwie - w którym kobiety nie będą o siebie walczyć. I nie, wbrew pozorom nie chodzi o wzięcie ogromnej flagi i radosny bieg na barykady (Jeszcze dzień na barykadach! Jeszcze jeden taki dzień!), ale o małe rzeczy. Wytłumaczenie znajomym (w razie potrzeby), że tak, mogę założyć bluzkę z dekoltem i nie muszę mieć poczucia winy z tego powodu, bo nie, moje ciało NIE jest grzechem (link do tekstu jednej z moich ulubionych blogerek - przeczytajcie). Że to, że jestem wysoka/niska/o bardziej zaokrąglonej figurze/raczej drobna/blondynką/brunetką/rudą/szatynką jest okej. Że to, czy chcę mieć piątkę dzieci, czy żadnego, i kiedy albo z kim chcę je mieć, to jest kwestia mojego własnego wyboru i NIKT nie ma prawa wmawiać mi, że któryś wybór jest dla mnie gorszy. Że to, czy jestem singielką, czy mam chłopaka, partnera, narzeczonego, męża, czy codziennie jestem w łóżku z kimś innym, czy wreszcie, kurczę, mam dziewczynę, nie sprawia, że jestem gorszym człowiekiem, bo to jest... tylko moja sprawa. Tak, tylko moja. I kościołowi, politykom, znajomym mężczyznom i babci nic do tego. I tę samą zasadę wyznaje autorka: ciąża nie jest czymś złym, zły nie jest też brak ciąży. Nie jest złe zajmowanie się domem, nie jest złe robienie kariery, nie są złe próby połączenia obu tych rzeczy. Zły jest natomiast przymus, chęć narzucenia komuś własnej woli. Na zasadzie Jestem mądrzejszy/mądrzejsza, to wiem, jak masz, idiotko, żyć, i zmuszę cię do życia według mojej wizji. A już zupełnie niedopuszczalna jest sytuacja, w której to państwo w jakikolwiek sposób narzuca swoim obywatelom jakiś światopogląd.

Taką potencjalną wersję przyszłego społeczeństwa Atwood wprowadza szczególnym sposobem narracji. Główna bohaterka opowiada o swojej codzienności, w świecie już po przemianach, w którym skupia się na egzystowaniu w swojej rzeczywistości. Co jakiś czas jednak wspomina jakiś fragment swojej historii przed - na końcu elementy te łączą się, dając zaskakująco trafny obraz społeczny. Taki, w którym przemiany nie nastąpiły z dnia na dzień, tylko taki, w którym gdy ktoś się zorientował, że dzieje się coś bardzo złego, było już za późno. Bo przecież łatwiej jest zbagatelizować całą sprawę (genialny jest w tym kontekście bardzo subtelnie podany wątek Łukasza), niż zareagować; zwłaszcza że najczęściej po prostu nie wiadomo, co zrobić. Te przeskoki bardzo dobrze uwidoczniają pewne elementy, które dzisiaj wydają się oczywiste (kosmetyki do makijażu, pończochy, seksowna bielizna do kupienia właściwie na każdym kroku), a które są pewnym przywilejem wywalczonym przez ileś lat feminizmu i domagania się o zmiany w mentalności.



Atwood świetnie diagnozuje też inne zjawiska społeczne, na przykład wykorzystywanie religii jako instrumentu kontroli. Trochę na zasadzie: Nienawidzę cię, bo Bóg tak chciał. Albo raczej w tym wypadku: kobieta ma tylko rodzić dzieci, bo Bóg tak chce. Motto z Księgi Rodzaju (30, 1-3) udowadnia, że właściwie każdą tezę można poprzeć cytatem z Biblii i mówić, że przecież taka jest wola Boga. Brak dopuszczenia krytycznych głosów doprowadzić może do absurdu; brak otwartej dyskusji osób o różnych zdaniach zawsze będzie miał - w dalszej perspektywie - negatywne następstwa. (O różnicach światopoglądowych kolejny genialny tekst). Do współczesnych różnic religijnych odnieść można też jedną z najlepszych scen książki - spotkania naszej bohaterki, zasłoniętej skrzydłami, w długiej sukni z turystami z innego kręgu cywilizacyjnego, obojga płci, w krótkich spodenkach, dekoltach, w makijażu. Jeżeli ktoś ma problemy ze zrozumieniem niechęci ortodoksyjnych Arabek w zakrywających strojach do odkrytych Europejek - bardzo polecam tę scenę. (I - oczywiście - w ogóle całą książkę).

Autorka pisze też o zjawisku, o którym mówi się rzadko, a które też występuje powszechnie: to nie homo homini lupus est; to kobieta kobiecie umie wyrządzić największe zło. W tej antyutopii to nie sami mężczyźni z dnia na dzień stwierdzili, że kobiety są gorsze - to część kobiet uznała, że ich przeznaczeniem jest rola rozpłodowa. Nie dlatego, że takie były już realia i trzeba było się dostosować - Atwood wielokrotnie wspomina o marszach różnych działaczek w okresie przed, które pośrednio doprowadziły do powstania takiego, a nie innego ustroju. Tak jak dzisiaj kobiety głosują na Trumpa albo na Korwina-Mikkego, tak jak kiedyś zawiązywały się stowarzyszenia kobiece walczące z feministkami, tak w wizji kanadyjskiej pisarki to kobiety były prowokatorkami (a przynajmniej: jednymi z prowokatorów) zmian ograniczających ich wolność.




Jednak mimo tego, jak trafne przemyślenia Atwood by nie były, Opowieść podręcznej nie wywołałaby takiej sensacji, gdyby nie techniczna jej strona. A ta - jak przystało na absolwentkę angielskiego, francuskiego i filozofii, laureatkę Bookera i jedną z najpoważniejszych kandydatek do Nagrody Nobla - jest znakomita. Całą książkę czyta się świetnie. Owszem, opowiada ona o rzeczach nieprzyjemnych, przerażających, niewygodnych - ale nie jest to na przykład Hertmans, którego całe nasze jestestwo chce odrzucić i do niego nie wracać. Bardziej porównałabym to w wyrazie do Lolity albo posłużyła się najoczywistszym przykładem i powiedziała, że jest to taki feministyczny Rok 1984 - książka, która tak nas wciąga, że nie możemy od niej się oderwać, ale która wywołuje charakterystyczne ciary na plecach. (Nie te z rodzaju O, po tym opuszczonym hotelu biega duch, boję się, tylko przerażające swoją potencjalną realnością).


Genialnie wykreowani są też bohaterowie. Oczywiście, ze względu na tematykę Atwood nie snuje wielowątkowej, wielopokoleniowej opowieści, w której identyfikowalibyśmy się z każdym z piętnastu bohaterów. Jednak zarówno Freda, jak i osoby, które w jakiś sposób pojawiają się w jej życiu, potrafią przejąć swoją wiarygodnością. Główna bohaterka nie ma temperamentu reporterki śledczej albo żołnierki - mimo że mieszka u jednego z najwyżej postawionych Komendantów, nie przeprowadzi szczegółowo zaplanowanej akcji dywersyjnej, nie zacznie przewodzić rebeliantom, nie stanie na czele tajemnej organizacji. Wprost przeciwnie - będzie starała się jakoś odnaleźć w tym, co przypadło jej przeżyć, w nadziei, że jeszcze kiedyś zobaczy swoją rodzinę, co wydaje się o wiele bardziej wiarygodne. Również postacie drugo- i trzecioplanowe, mimo że - jak sama nazwa wskazuje - dostają o wiele mniej miejsca, mają uzasadnione motywy postępowania. Żona Komendanta, sam Komendant, wspomniany już Łukasz, Moira - każde z nich ma własną historię.



Świetna jest kompozycja całego utworu - wszystkie elementy układanki, o których wspomina Atwood, w nieoczywistym zakończeniu, łączą się, tworząc jeszcze bardziej przejmujący obraz wykreowanego świata. Nie wspominam też drugi raz o wiarygodnej atmosferze, dopracowaniu świata przedstawionego (nic tutaj nie jest ot tak, wszystko jest uzasadnione) ani o jego grozie - to wszystko opisałam w powyższych akapitach. Atwood udało się zaobserwować zjawiska, które już teraz istnieją w społeczeństwie, i pokazać, w jakim kierunku mogą one się rozwinąć.

Tłumaczenie jest bardzo dobre, żywe i chcące-być-przeczytanym - choć jest w nim parę małych błędów. To samo z korektą: prawie wszystko jest dobrze, oprócz kilku rażących literówek. Styl Atwood oddany przez tłumaczkę jest prosty, jakby mówiony, co razem z zaciekawieniem, jakie ta książka wzbudza od pierwszej strony, sprawia, że całość można skończyć w jeden wieczór. (To znaczy: czytać, bo przemyślenia zostaną na dłużej). Okładka: również bez zarzutu.

Opowieść podręcznej jest kolejną książką, która wpisuje się w moją świetną czytelniczą passę. Dla mnie jest to bowiem arcydzieło, i chyba do tej pory najlepsza przeczytana przeze mnie książka wydana w Polsce w 2017 roku do tej pory. Polecam każdej kobiecie, każdemu mężczyźnie i każdemu, kto uważa, że nie warto interesować się polityką. Warta każdej minuty.

Znajdź mnie też:

7 komentarzy:

  1. Czytałam ją kilka lat temu - pamiętam doskonale. A w obluczu dzisiejszych zmian myślę, że wiele osób powinno ją poznać. Atwood przeraża tą wizją świata, zachwyca portretem psychologicznym bohaterki. Ale widać w tej książce coś więcej - doskonały zmysł obserwacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod każdym słowem! :-)

      Usuń
  2. Wow. Muszę to przeczytać. Kusowo. Oglądnąć serial również.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaaak, polecam bardzo bardzo! :-) A po serial też będę sięgać, tylko - jak to zwykle u mnie - najpierw sesja. :-)

      Usuń
  3. Wspaniała powieśc, to jedna z najważniejszych i najlepszych książek jakie czytałam do tej pory w swoim życiu :) Sięgnęłam też po "Oryks i Derkacz" Atwood i "Serce umiera ostatnie", ale zdecydowanie, nie reprezentują one takiego stylu i poziomu jak "Opowieść podręcznej"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, warto wiedzieć - właśnie po "Opowieści podręcznej" chciałam bardziej zgłębić twórczość tej autorki (muszę też zobaczyć serial), zwłaszcza że kilka jej książek jest dostępnych w abonamencie Legimi, ale w takim razie może trochę z tym poczekam (aż opadną ze mnie wrażenia po "Opowieści..."). Dowiedziałam się też niedawno, że ta książka Atwood jest ulubioną powieścią Samanthy Shannon (tej autorki od "Czasu żniw") - i, kurczę, trochę to widać. :-)

      Usuń