wtorek, 19 kwietnia 2016

FILM: Najlepsza (nie)bajka 2016, czyli "Zwierzogród" (reż. Byron Howard, Rich Moore)






W ramach kwietniowych seansów w kinie - pod wpływem bardzo entuzjastycznych recenzji znajomego - wybrałam się z ich autorem (tak, poszedł drugi raz) na Zwierzogród, jedną z najnowszych bajek Disneya. Weszłam do sali w humorze dość dobrym, wyszłam absolutnie zachwycona - fabułą, warstwą wizualną opowieści, przesłaniem, odniesieniami kulturowymi. I choć wiem, że nie przekażę nic oryginalnego, rozpływając się w zachwytach (bo wiele osób zrobiło to już przede mną), to nie mogę o Zwierzogrodzie pisać inaczej - bo jest to film absolutnie idealny dla współczesnego odbiorcy. Nie polecę go jedynie dzieciom małym i średnim (gdzieś tak do dwunastego roku życia), przynajmniej taki wniosek wyciągam po reakcjach osób w takim wieku w kinie. Każdy inny - marsz do kina na prawie dwie godziny genialnej zabawy!


Zwierzogród to historia Judy Hops - króliczycy, która chce zostać policjantką, co nie udało się jeszcze żadnemu królikowi przed nią. Już na początku filmu Judy z wyróżnieniem kończy Akademię Policyjną i spełnia swoje marzenie - zostaje przydzielona do komisariatu w Zwierzogrodzie, mieście idealnym, dostosowanym dla wszystkich gatunków zwierząt. Wymarzona praca jednak okazuje się daleka od ideału, bowiem Judy z miejsca zostaje przydzielona do... obsługi parkometrów. I gdy już, już wydaje się, że mimo wszystko może zrobić coś dobrego i odpowiadającego jej stanowisku, okazuje się, że pomoc drugiemu człowiekowi nie zawsze popłaca. Judy spotyka bowiem na swojej drodze drobnego oszusta, Nicka, który swoim czarodziejskim uśmiechem wyłudza pieniądze od uczciwych mieszkańców. Jednocześnie w Zwierzogrodzie od dwóch tygodni zgłaszane są zaginięcia drapieżników, których tajemniczą zagadkę młoda posterunkowa musi rozwiązać.



Zacznę od rzeczy najprostszych, ale chyba najbardziej rzucających się w oczy, czyli od warstwy wizualnej, która jest po prostu przepiękna. Na tyle, że ja, z jakąś niemożliwą wadą wzroku i nie do końca dobranymi okularami, siedząc w przedostatnim rzędzie bardzo dużej sali kinowej, widziałam WSZYSTKIE włoski na pyszczkach zwierząt z ekranu. Cienie, subtelne zmiany kolorów, odwzorowanie szczegółów - to wszystko na żywo wygląda jeszcze lepiej niż na umieszczonych w tekście obrazkach. Cudowne są też kompozycje kadrów - wiele razy zauważałam, że, chociaż skupiam wzrok tylko na jednym ich elemencie, w pozostałej części też coś się dzieje - tu przejeżdża samochód, tam zmienia się światło, postać, która akurat nie mówi, robi głupią minę. Nie wspominając już o wszystkich smaczkach ukrytych gdzieś w głębi, które dostrzec da się - jeżeli w ogóle - dopiero za drugim, trzecim lub piątym podejściem. (O smaczkach kulturowych więcej jeszcze za chwilę.)



Kiedy już otrząśniemy się z pozytywnego szoku spowodowanego kontemplacją kadrów, zaczniemy zauważać fabułę. Tutaj przeżywa się kolejne zaskoczenie - bo właściwie co odkrywczego mógłby powiedzieć nam jakiś tam film dla dzieci? No cóż, okazuje się, że naprawdę wiele. I owszem, w założeniu Zwierzogród jest produkcją disneyowską - czyli nie będzie tutaj krwi, brutalnych morderstw ani wyłupywania gałek ocznych, kino brytyjsko-noirowate, tzn. w ciemnej stylistyce, z aktorami smutno patrzącymi na deszcz i wolno zmieniającymi się kadrami również nie znajdzie dla siebie miejsca. ALE! Ale po chwili okaże się, że ta bajka ma lepsze plot twisty i większe napięcie aniżeli niejeden kryminał czy film sensacyjny dla dorosłych. W bodaj trzech momentach siedziałam naprawdę zaskoczona, dziwiąc się, że wcześniej nie zauważyłam tego, co się stanie. Nie mogłam też nie zauważyć, że przede wszystkim scenariusz jest spójny wewnętrznie (podkreślenie, bo ostatnio dochodzę do wniosku, że to jest właśnie najważniejsza cecha dzieła sztuki - posiadanie jednej konwencji) i logicznie dopracowany - od razu widać, że pracowało nad nim kilka albo nawet kilkanaście osób, które wszystko dokładnie przemyślały, przedyskutowały i dopiero potem spisały (nie jak w wypadku chociażby niedawno opisywanego przeze mnie Batman v. Superman), w taki sposób, by każdy element scenariusza do czegoś się w pewnym momencie przydał. A w swoim odwzorowaniu świata jest niezwykle realistyczny (że tylko przypomnę scenę z leniwcami w urzędzie).



Jednocześnie, to znaczy przy całej swojej logiczności i braku sztucznego rozwlekania Zwierzogród porusza ogromną liczbę bardzo ważnych wątków dzisiaj szczególnie wybijających się na pierwszy plan, i przede wszystkim - uniwersalnych. (A także: niesamowicie dużo trafnych spostrzeżeń na temat naszej rzeczywistości.) Pierwszy z nich to oczywiście kwestia podążania za własnymi marzeniami wbrew przeciwnościom i postawienia się tłumowi. Wszyscy mówią, że nie, to się nie uda, przecież jeszcze nikomu takiemu jak Ty się nie udało, to dlaczego miałoby Tobie?, jednak nasza bohaterka się zapiera i robi tak, by właśnie się udało. Ciekawa w tym kontekście (i odwagi cywilnej - problemu, który ostatnimi czasy bardzo mnie męczy, więc będzie o nim osobny tekst w przyszłą środę) jest początkowa scena - gdy Judy jako jedyna stawia się chłopcu dręczącemu jej przyjaciół, a oni wszyscy, zamiast jej pomóc, jak najszybciej się chowają. Gdy chłopiec odchodzi, przerażone wracają, by zapytać, jak Judy się czuje.



Inną kwestią jest myślenie inaczej niż społeczeństwo, nonkonformizm - o czym wiedzą ci, którzy chociaż raz spróbowali się komuś postawić. Nie chcesz pić wódki na imprezie? Jesteś nienormalny. Wolisz posiedzieć w domu i obejrzeć film niż do 3 biegać po klubach? Idiota. Masz czelność wyjść na miasto w dwóch różnych skarpetkach, albo w własnoręcznie zrobionej koszulce? Powinni Cię zamknąć! A może... a może chcesz spełniać swoje marzenia? Wiesz, nie chcę Cię rozczarować... ale to się nie uda. Tak długo, jak rzeczywiście nie weźmiesz się do roboty i tego nie zrobisz, i nie pokażesz innym, że jednak to Ty miałeś rację.

Kolejnym wątkiem jest problem tolerancji (tak pięknie przekładalny na kryzys związany z uchodźcami). Zwierzogród jest miastem dostosowanym do potrzeb wszystkich milusińskich - ale, jak pokazują to filmowe wydarzenia - w mentalności mieszkańców mimo wszystko kryją się różne obiekcje i obawy w stosunku do przedstawicieli innych gatunków. Taka pozorna tolerancja, desperacka wręcz chęć bycia poprawnym politycznie, która mimo wszystko podszyta jest (często nieuzasadnionymi) obiekcjami. Brzmi znajomo? 



Ach, a jakże pięknie jest tu ujęta władza! A raczej: jak dwuznacznie pokazane są osoby ją dzierżące! Nie mogę zdradzić nic więcej, by znacznie nie zaspoilerować, ale napiszę, że Zwierzogród w kilku scenach dobitnie i niezwykle dojrzale pokazuje, że władza raczej nie bierze się z idealistycznej chęci naprawiania świata (czego oczekiwalibyśmy w bajce), tylko z pobudek bardziej egoistycznych. I że jeśli ktoś już do władzy się dorwie, wszelkimi środkami będzie się starać ją przy sobie utrzymać, często mamiąc publikę gładkimi słówkami i zadbaną aparycją (przy czym publika - kolejna ważna obserwacja - niezwykle często to po prostu łyka). I że nierzadko ludzie, w gruncie rzeczy dobrzy, będą wykorzystywać swoją władzę (nawet mierną) do własnych celów - nawet tak zdawałoby się nieznacznych jak gnębienie kogoś, kogo nie lubią.

Zwierzogród jest też bardzo dobrym przykładem na to, że nie można ludzi określić jednym słowem. Judy, która przez większość filmu zdaje się kimś zawsze, mimo wszystko, idealistycznie dążącym do celu, w pewnym momencie również przeżywa moment załamania, a jej beztroska paplanina ujawnia stereotypy, które siedzą gdzieś w jej podświadomości. Nick przechodzi przemianę z beztroskiego oszusta do kogoś, kto rzeczywiście zastanawia się nad swoim życiem. I nawet pewien gangster okazuje się wcale nie taki zły, jaki wydawał się na początku, bo oddano mu przysługę.



Gangster prowadzi do kolejnej kwestii, która w Zwierzogrodzie jest wykonana absolutnie genialnie, czyli do odniesień kulturowych. Sama wyłapałam tylko te najwyraźniejsze, których było multum, na szczęście w dzisiejszych czasach mamy YouTube, na którym można posłuchać ekspertów. Szukanie nawiązań to zadanie głównie dla dorosłych (tak, nawet dla tych, którzy z poszczególnymi dziełami nie są zaznajomieni) - bo nasuną nam się skojarzenia z Breaking Badem, Bambi, Epoką lodowcową, Godzillą/King Kongiem, innymi filmami twórców (rzucę tylko hasło: czekajcie na handel uliczny), a nawet z Geraltem z Wiedźmina (moja nerdowska dusza płacze ze szczęścia!). Absolutnie najbardziej widoczne nawiązanie, a raczej reinterpretacja kultowej pierwszej sceny z Ojca chrzestnego, sprawiło, że popłakałam się ze śmiechu, i mam wrażenie, że będę robić to podczas każdego seansu. Ciekawe było też baaaaardzo subtelne lokowanie produktu, które - jako że produktem lokowanym została komórka - świetnie sprawdziło się jako odnośnik do naszych czasów (rozmowy przez skypopodobne coś, robienie zdjęć, nagrywanie filmów telefonem) i jeszcze większe urzeczywistnienie historii. 

Jeżeli chodzi o dubbing: ogólnie nie lubię dubbingu, bo zazwyczaj przeszkadza mi, że usta bohaterów chodzą inaczej, niż mówią, poza tym każda okazja jest dobra, by posłuchać oryginalnego języka, którego przecież się uczę, ale nawet ja muszę przyznać, że w Zwierzogrodzie jest on zrobiony bardzo dobrze i niedenerwująco, i przyjemnie się go słucha. Jedynym wyjątkiem była Barbara Kurdej-Szatan, która gra bardzo dobrze przez cały film, i tylko na końcu coś mi zgrzytnęło w dwóch czy trzech momentach. Mimo to - brawa dla całej obsady.



Brawa również dla tłumaczy, którzy niektóre niedające się przetłumaczyć na kontekst kulturowy żarciki (przynajmniej tak przypuszczam) pozamieniali na teksty czytelne dla polskiego widza, czyli np. Taka sytuacja!!!! Małe, a cieszy. Mam natomiast ambiwalentne uczucia co do polskiego tytułu - bo wiem, że nie ma jak przetłumaczyć wieloznacznego Zoopolis, które ma nasuwać językowe skojarzenia z utopią, ale zdaję sobie sprawę, że nieco bardziej słowiański Zwierzogród to bardzo konkretna i chwytliwa opcja. 

Podsumuję: nie wiem, czy Zwierzogród to rzeczywiście bajka dla dzieci. Nie wiem też, czy film ten trafi do klasyków Disneya, ani czy ludzie będą o nim pamiętać za 39 lat i puszczać go swoim dzieciom w ramach zabawy (jak to dzieje się np. z rysunkową Księgą dżungli). Wiem jednak, że jest to film zaskakujący swoim scenariuszem, wielowymiarowy, uniwersalny i jednocześnie niezwykle zajmujący, cieszący tak oko, jak i duszę. Wiem, że niby mimochodem porusza ważne tematy, jednocześnie tym, którzy nie chcą się w nie zagłębiać, dając genialną rozrywkę. Wiem, że po prostu wciąga, i że można się przy nim popłakać ze śmiechu (ze wzruszenia też). I wiem, że nawet jeśli nie jest to bajka dla dzieci, to jest to dojrzały film dla mnie. I że od tej pory trafia on do grona moich ulubionych filmów, i że z czystym sumieniem na swoim koncie na filmwebie mogę mu wystawić 10/10. 

1 komentarz:

  1. Świetna recenzja, zgadzam się w stu procentach! :)

    OdpowiedzUsuń